sobota, 16 grudnia 2017

Księżyc myśliwych, Katarzyna Krenz i Julia Bielak

Mam wielką słabość do wysp. W zasadzie, to jestem przekonana, że w poprzednim życiu byłam wyspiarką. Uwielbiam też statki i wszystko, co jest związane z morzem - szkoda tylko, że choroba morska nie pozwala mi na dłuższe morskie wyprawy...

Chwilę po premierze miałam Księżyc myśliwych w planach zakupowych, ale jakoś do końca nie byłam do tej pozycji przekonana. Recenzje tej powieści, które czytałam w internecie były dość podzielone: od zachwytów po miażdżącą krytykę. Jednak gdy tylko zobaczyłam ten tytuł na półce w bibliotece, od razu wzięłam ją ze sobą do domu i dość szybko przeczytałam.

Dwie polskie autorki napisały powieść, której akcja dzieje się na położonej na Morzu Północnym niemieckiej wyspie dla bogaczy - Sylt. Moim zdaniem fenomenalnie oddały atmosferę małej, zamkniętej, wyspiarskiej społeczności. Momentami nie mogłam się oderwać od bardzo morskich i bardzo klimatycznych opisów. Wyjątkowy nastrój to bez wątpienia najmocniejsza strona tej powieści.
Niestety opowiadana w książce historia już tak bardzo nie porywa. Księżyc myśliwych ma wielu bohaterów, ale żadnego głównego. Autorki stworzyły całą galerię barwnych postaci, ale żadnej z nich nie mamy szansy poznać bliżej. Obce pozostają nam ich przemyślenia czy motywacje. Również wątki powieści co rusz się rozłażą i plączą, a żaden z nich nie zostaje odpowiednio pogłębiony. Rozwiązanie tajemnic nie do końca jest logiczne, a samo zakończenie dość powierzchowne. Szkoda.

Dodatkowo autorki pokusiły się na literacki eksperyment i między rozdziałami powieści umieściły listy, w których komentują kolejne działania bohaterów i różne szczegóły powieści. Piszą tam także m.in. o sztuce, filmach, literaturze - istne pomieszanie z poplątaniem. W połączeniu z dość chaotyczną narracją głównej opowieści całość momentami bywa bardzo męcząca.

Generalnie książkę czyta się dobrze, ale bez rewelacji. Choć muszę przyznać, że po kilku tygodniach, które minęły od lektury, ciągle towarzyszą mi widoki zamglonych plaż Syltu, choć nigdy na tej wyspie nie byłam...

Ocena: 4/6

wtorek, 5 grudnia 2017

Odłamki, Ismet Prcić

Na debiutancką powieść Ismeta Prcicia trafiłam w bibliotece przypadkowo. Dzięki temu przeczytałam wypełnioną emocjami historię o dorastaniu w ekstremalnych warunkach.
Zawierająca liczne elementy autobiograficzne powieść Odłamki została napisana w ramach terapii autora. Jest to bardzo szczere i bezpośrednie, czasem zabawne, czasem przerażające, spojrzenie na wojnę w byłej Jugosławii.

Główny bohater powieści Ismet mieszka z bratem i rodzicami w Tuzli, niewielkiej miejscowości położonej w północnej części obecnej Bośni i Hercegowiny. W 1992 roku w jego nudnawe życie nastolatka brutalnie wkracza wojna. Z dnia na dzień zmienia się całe życie rodziny, która na różne sposoby radzi sobie z nową rzeczywistością. Z biegiem czasu Ismet trafia jako uchodźca wojenny do Ameryki Północnej, gdzie kompletnie nie potrafi się odnaleźć w obcej pod wieloma względami kulturze.

Od pierwszej strony uwagę czytelnika przykuwa barwny i żywy język powieści, której akcja toczy się szybko, mimo iż napisana została w formie wspomnień głównego bohatera. Całość składa się z literackich odłamków, niechronologicznych fragmentów. Stopniowo wyłania się z nich obraz nieszczęśliwego, straumatyzowanego młodego mężczyzny, którym targają wyrzuty sumienia, bo przeżył wojnę i uniknął bezpośredniej walki. Taka struktura dodatkowo podkreśla emocjonalne rozchwianie głównego bohatera i chos panujący w jego głowie i w sercu. Czytamy o sielskim dzieciństwie, ucieczce i powrocie do rodzinnego miasta i aktywnym udziale w teatralnym projekcie, który umożliwił Ismetowi wyjazd do USA. Tekst Prcica charakteryzują szczere, osobiste przemyślenia i bardzo indywidualne spojrzenie na wojnę.   

Początkowa euforia, z którą przewracałam kolejne strony, pod koniec książki nieco opadła. Autor trochę mnie zmęczył coraz bardziej chaotycznym stylem narracji i niezbyt udanym zakończeniem. Mimo to uważam, że jest to dobra książka, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Książka na wskroś współczesna, która bardzo dosadnym językiem opisuje piekło jednostki w kraju ogarniętym wojną. W dodatku okazuje się, że wyjazd z kraju nie zawsze jest lekarstwem dla straumatyzowanej duszy - bardzo aktualny temat, nie sądzicie?

Ocena: -5/6

wtorek, 7 listopada 2017

Opowieść podręcznej, Margaret Atwood

Dziś, 7 listopada 2017, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Femnistek. Nie ma chyba lepszego dnia, by napisać kilka słów o Opowieści podręcznej autorstwa Margaret Atwood.

To nie przypadek, że ta książka, po raz pierwszy wydana w 1985 r. w Kanadzie, jest obecnie, w 2017 r. w Polsce, tak niezwykle popularna. I to nie tylko dlatego, że na jej podstawie nakręcono serial. Myślę, że żyjąc w kraju, w którym zagrożone są prawa i wolność kobiet, warto zapoznać się z literacką wizją świata, w którym życie jednostek podporządkowane jest totalitarnemu systemowi, a kobiety są ubezwłasnowolnione i mają w życiu tylko jedno zadanie - urodzenie dziecka.
Choć trudno w to uwierzyć wiele elementów codzienności mieszkańców stworzonego przez pisarkę świata Atwood zaczerpnęła z historii: Miałam dużą wiedzę na temat dystopii i chciałam opisać społeczeństwo inne od naszego, z kobietą jako narratorką. Studiowałam historię siedemnastowiecznej, purytańskiej Ameryki, teokratycznej, niedemokratycznej, co w moim odczuciu stanowi podwaliny współczesnych Stanów Zjednoczonych. Obserwowałam, jak totalitaryzmy przetaczały się przez świat i nigdy nie uważałam, że to nie mogłoby się przytrafić nam. Postanowiłam, że wszystko, co spotyka bohaterów książki, musi mieć odniesienie do prawdziwych wydarzeń. Podręcznym zakazuje się na przykład czytać, tak jak kiedyś niewolnikom w Ameryce.  (źródło cytatu: http://wyborcza.pl/7,101707,21739768,opowiesc-podrecznej-przerazajaco-aktualny-serial-o-piekle.html)

Akcja Opowieści podręcznej toczy się w niedalekiej przyszłości na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych, gdzie utworzono Republikę Gileadzką. Republika ta stanowi dyktaturę religijną, w której życie mieszkańców podporządkowane jest surowym regułom wyznaczonym przez Stary Testament. 
Wyobraźcie sobie życie bez rodziny, bez krztyny prywatności w służbie wyższym, obcym nam celom. Codzienność podporządkowaną zakazom, nakazom i przepisom, za złamanie których grozi śmierć lub zesłanie do kolonii karnej. Brak miłości, brak intymności, brak możliwości decydowania o własnym losie. Taki właśnie świat wykreowała Margaret Atwood.

Mam wielką nadzieję, że wizja Atwood pozostanie literacką fikcją. Aby tak się stało: czytajcie Opowieść podręcznej!

Ocena: 6/6

źródło: https://de-de.facebook.com/martafrejmemy

sobota, 4 listopada 2017

Stosik zamiast

Niestety nie udało mi się w tym roku pojechać na Festiwal Conrada do Krakowa.
W ramach zadośćuczynienia postanowiłam więc zrobić to, co w takiej sytuacji pomaga najlepiej, czyli zamówić kilka nowych książek :)

Po porównaniu cen na kilku portalach zdecydowałam się na www.czytam.pl - kięgarnię internetową, w której książki zamawiałam już po raz drugi. I na pewno nie ostatni. Duży wybór tytułów, bardzo atrakcyjne ceny, także nowości, i szybki termin realizacji przekonują już na wstępie. Ponadto wszystkie książki dotarły do mnie w absolutnie idealnym stanie (a każdy, kto regularnie kupuje książki w internecie wie, że czasami ich stan potrafi bardzo negatywnie zaskoczyć).

Paczka została bardzo starannie zawinięta w czarną folię:


W środku były dwa kartonowe pudełka:

A w nich znajdowały się zamówione tytuły oraz prezent od księgarni, czyli leżąca na samej górze książka Galapagos Henry'ego Nichollsa. Ucieszyłam się z niej nie tylko dlatego, że lubię niespodzianki, ale i dlatego, że tytuł ten miałam na liście zakupów :)


A teraz siedzę i podziwiam moje najnowsze książkowe nabytki :)

A co u was nowego na półkach? Gdzie kupujecie książki?

wtorek, 31 października 2017

Pamięć miłości, Aminatta Forna

Czy istnieje lepszy sposób na przetrwanie zimnej, szarej i deszczowej jesieni niż przeniesienie się do rozgrzanej słońcem Afryki? Do jej zakątka, w którym nigdy wcześniej nie byliście?
Zapraszam Was na wyjątkową literacką wyprawę do położonego w zachodniej Afrycie niewielkiego państwa Sierra Leone. Zastrzegam jednak, że nie będzie to wyprawa na rajskie plaże czy do luksusowych resortów. Zapraszam w podróż do kraju ogarniętego powojenną traumą, którego mieszkańcy zmagają się na co dzień z dziesiątkami problemów, nie tracąc przy tym pogody ducha. "Ludzie myślą, że wojna jest najgorszą rzeczą, jaką widział ten kraj; nie mają pojęcia, jak wygląda pokój. Ile odwagi wymaga proste przetrwanie." (str. 316)

Powieść Aminatty Forny ma dwóch głównych bohaterów i rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych, które dzieli kilkadziesiąt lat i krawa wojna domowa. Adrian Lockheart, brytyjski psycholog, przyjeżdża do Sierra Leone, by pomagać ludziom, którzy doznali traumy w wyniku działań wojennych. Szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu i zaprzyjaźnia się z chirurgiem Kaiem i psycholożką Ilianą. Jednym z jego pacjentów jest umierający Elias Cole, który traktuje Brytyjczyka jak spowiednika i opowiada mu całe swoje życie, przenosząc go w lata 60-te. W pewnym momencie losy wszystkich bohaterów powieści splatają się ze sobą i eksplodują w dramatycznym finale.

Właśnie za to kocham literaturę: za niespodziewane odkrycia i zachwyty! Książka, którą spontanicznie dorzuciłam do zamówienia podczas zakupów na jakiejś megawyprzedaży w księgarni internetowej, tylko ze względu na przepiękną okładkę, okazała się jedną z najlepszych lektur tego roku!
Nie do końca potrafię określić, co dokładnie mnie w tej powieści urzekło. Sama historia owszem jest ciekawa, ale nie powala ani oryginalnością ani przesłaniem. Ale jest w prozie Aminatty Forny coś, co przykuwało mnie do tej książki i nie pozwalało się oderwać od kolejnych stron. Być może jest to niezwykle barwnie zarysowany obraz kraju, którego w ogóle nie znam? Opisy egzotycznych miejsc i zwyczajów, czy nawet codziennego życia tak innego niż to, które prowadzimy na co dzień w Europie? A może specyficzna atmosfera lub świetnie wykreowani bohaterowie? Albo piękny język? Nie wiem, ale dawno nie czytałam książki z taką przyjemnością!
GORĄCO POLECAM!

"Ludzie wymazują to, co się stało, majstrują przy prawdzie, tworzą własną wersję wydarzeń, wypełniając puste miejsca. Wersję prawdy, która stawia ich w dobrym świetle, w której nie będzie miejsca na to, co zrobili i czego nie odważyli się zrobić, w której zadba się o to, żeby nikt nie obarczył ich winą." (str. 392) 

Ocena: 6/6

niedziela, 29 października 2017

Moja walka, tom 1, Karl Ove Knausgård

Na nazwisko Knausgårda natykałam się w mijającym roku bardzo często przy okazji wydawania w Polsce kolejnych tomów jego cyklu powieści autobiograficznych. Jednak do sięgnięcia po pierwszą część nakłoniło mnie dopiero spotkanie naszego Klubu Miłośniczek Książek. Jedna z członkiń jest absolwentką skandynawistyki, mówi płynnie po norwesku i doskonale zna ten kraj. Kiedy więc zaproponowała na lekturę września Moją walkę wiedziałam, że nie mam wyboru :)

Pierwszy tom podzielony został na dwie części. Najpierw dość szczegółowo poznajemy nastoletnie lata głównego bohatera, jego ówczesne fascynacje, problemy i plany. W drugiej części jako dorosły mężczyzna próbuje uporządkować swoje życie po śmierci ojca.

Przyznam, że świat norweskiej prowincji przedstawiony przez Karla wciągnął mnie od pierwszej strony. Autor na tyle sprawnie posługuje się językiem, że dziesiątki stron opisujących w najdrobniejszych detalach najzwyklejsze codzienne czynności czyta się jak najlepszy kryminał. Mimo to od początku towarzyszyły mi dwa pytania: co z tego wynika i czy ja muszę to wiedzieć? I jeszcze gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że taką książkę mógł popełnić tylko mężczyzna.
Takiego nagromadzenia masochizmu i egocentryzmu nie spotkałam dotąd w literaturze (nawet dziennik Dehnela się nie umywa). Domyślam się, że Knausgård napisał tysiące stron w ramach terapii i w celu przeanalizowania swoich stosunków ojcem. Pozostali członkowie rodziny - starszy brat i matka pojawiają się na scenie sporadycznie i nie zajmują myśli głównego bohatera w takim stopniu, jak jego tata. Od początku czytelnik wyczuwa napięcie między ojcem i synem, którego przyczynę trudno zdefiniować. Cały czas czekałam, aż wreszcie wydarzy się coś, co rzuci więcej światła na skomplikowane relacje rodzinne. Niestety nie doczekałam się. Po przeczytaniu całej książki nadal nie wiem po co?

Czy żałuję, że przeczytałam pierwszy tom Mojej walki? Nie. Czy sięgnę po kolejne tomy? Zdecydowanie nie.

Ocena: 4/6

środa, 25 października 2017

Duchologia polska, Olga Drenda

Mam z Duchologią problem. Odkąd tylko ukazała się w zapowiedziach, wiedziałam, że ją kupię i przeczytam. Niestety okazało się, że moje oczekiwania i zawartość tej książki nie bardzo do siebie pasują.

Drenda przedstawia fascynujący okres polskiej transformacji przez pryzmat rzeczy i ludzi. Bardzo pomocne przy tym są liczne zdjęcia umieszczone w książce. Autorka bez sentymentalizmu, ale niestety dość powierzchownie, opisuje okres w historii naszego kraju, który zdominowany był przez stale rosnącą wśród społeczeństwa chęć posiadania i konsumowania. Pęd za tzw. "zachodem" i bezkrytyczna fascynacja wszystkim, co nowe dominowały końcówkę lat 80-tych i początek lat 90-tych. Każdy, kto w tych czasach żył, odnajdzie na zdjęciach dawno zapomniane przedmioty i znajome widoki.

Tekst zawiera mnóstwo cytatów, mało w nim samej autorki. Drenda opisuje, ale niestety nie analizuje: brakuje mi jej wniosków i przemyśleń - nic nowego dla mnie z tej książki nie wynika i dlatego jestem nią rozczarowana.

Od lektury Duchologii minęło kilka tygodni, a ja nie wiem, co jeszcze mogę o tej książce napisać. Nie zostawiła ona we mnie żadnego śladu, niczego z niej nie zapamiętałam. Szkoda.

Ocena: 3+/6


sobota, 21 października 2017

Anglicy na pokładzie, Matthew Kneale

Dokładnie miesiąc mija dziś od ostatniego wpisu na blogu - to najdłuższa przerwa, jaka mi się przydarzyła odkąd piszę o książkach. Bardzo intensywny okres w pracy sprawił, że wieczorami, przed zaśnięciem, czytałam jedynie kilka stron, a w tak zwanym międzyczasie w telefonie podczytywałam ulubione blogi. Na pisanie własnych tekstów nie miałam czasu, energii ani ochoty. Na szczęście ten szalony okres minął i choć przede mną kolejny ważny projekt do zrealizowania, to bardzo chcę wrócić do regularnego czytania i pisania :) Na początek mocno zaległa recenzja doskonałej książki, którą przeczytałam jeszcze w sierpniu (!).

Zacznę od tego, że Anglicy na pokładzie to nie tylko bardzo dobra powieść historyczna, ale i udany eksperyment translatorski. Matthew Kneale siedem lat pracował nad wielowątkową opowieścią o brytyjskim kolonialiźmie na drugim końcu świata, na Tasmanii w XIX wieku. Podszedł do tematu w sposób niezwykle ambitny: by dokładnie odzwierciedlić pogmatwaną historię i kompleksowość ówczesnej sytuacji geo-politycznej dał głos 21 narratorom i narratorkom. Polski wydawca książki, Michał Alenowicz z wydawnictwa Wiatr od morza, poszedł od krok dalej i do pracy nad książką zaprosił 21 tłumaczy i tłumaczek. Dzięki temu indywidualizm i oryginalność sposobu mówienia każdej postaci stworzone przez autora zostały dodatkowo wzmocnione podczas tłumaczenia. 

Nie sposób w kilku zdaniach streścić głównych wątków tej powieści. Nie chciałabym zresztą odbierać Wam radości z odkrywania kolejnych wykreowanych przez autora światów. Napiszę więc tylko, że powieść, która rozpoczyna się na łodzi kapitana Kewleya planowaniem szmuglu i morskich wypraw, dość szybko przekształca się w złożoną, wielowątkową opowieść o historii Tasmanii, niewolnictwie i kolonialiźmie. Historii opowiedzianej z perspektywy różnorodnych bohaterów i dzięki temu tak fascynującej. Szczegółowe opisy szalenie trudnego życia pierwszych osadników i nieludzkiego traktowania skazańców i przedstawicieli rdzennej ludności przenoszą czytelnika w czasie i przestrzeni i dostarczają mnóstwo informacji na temat tamtego okresu. Kneale nakłada nam na nos okulary i pozwala spojrzeć na rzeczywistość oczami nawiedzonego pastora, kapitana, pań i panów z wyższych sfer, pseudonaukowca, więźnia czy nadzorcy. Sporo radości podczas lektury sprawiało mi wyszukiwanie powiązań między postaciami i składanie poszczególnych fragmentów w jeden obraz.

Bardzo podobała mi się perspektywa Aborygena o imieniu Peevay, która wprowadza czytelnika w świat rdzennej ludności Australii i pokazuje brytyjską inwazję z odmiennej perspektywy. Te fragmenty charakteryzują się niezykłym podejściem do natury i fantastycznymi, pełnymi prześmiewczej ironii, opisami działań "białych knypów" i zasługują na najwyższy podziw, także pod względem translatorskim.

Powieść Kneala to miks stylów i nastrojów: zabawna, łotrzykowska relacja z rejsu przez pół świata, biograficzne wspomnienia osadników, religijne wywody, pseudonaukowe eseje czy wspomniana opowieść Aborygena to tylko niektóre z nich. Od tekstu trudno się oderwać - lektura tej powieści to naprawdę niezwykła przyjemność. Anglicy na pokładzie z pewnością zachwycą miłośników powieści historycznych i marynistycznych. Jestem jednak pewna, że tę książkę docenią wszyscy wielbiciele dobrej prozy.

BARDZO POLECAM!

Ocena: 6/6

Z okazji polskiej premiery Anglików na pokładzie autor tak mówił o swojeje powieści: 


czwartek, 21 września 2017

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Cezary Łazarewicz

Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Łazarewicza było Sześć pięter luksusu. Czytałam ją dwa lata temu i po lekturze miałam niestety sporo zastrzeżeń.

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza kupiłam w Gdyni przy okazji spotkania z autorem, które poprowadziła Anna Dziewit-Meller w ramach festiwalu Miasto słowa.
Zebrane w tomie teksty pochodzące z lat 90-tych świetnie oddają atmosferę tamtych lat. Czasy, których jedni nie chcą pamiętać wcale, a inni całkowicie negują. Oszustwa na wielką skalę, bieda i beznadzieja terenów popeegerowskich, samozwańczy spece od wszystkiego, szemrane interesy, alkoholizm, bezradność i naiwność zwykłych ludzi - to wszystko odnajdziemy w reportażach Łazarewicza.

Wyłania się z nich obraz smutnego kaju, w którym mieszkają nieszczęśliwi ludzie zawieszeni pomiędzy komunistyczną przeszłością, do której nie ma powrotu, a przerażającą, kapitalistyczną przyszłością. Ta książka pozwala nam uświadomić sobie, jak bardzo nasz kraj zmienił się w przeciągu minionych dwudziestu lat. Jednocześnie przypomina nam, skąd pochodzimy, a to, jak już wspomniałam, jest prawdą dość bolesną, o której wielu chciałoby zapomnieć. Takie wnikliwe spojrzenie wstecz pomaga zrozumieć, dlaczego niektórzy Polacy dokonują takich wyborów politycznych, jakich dokonują.

Zamieszczone w zbiorze teksty zostały napisane ok. 20 lat temu i przedrukowane bez poprawek. Szkoda, że Łazarewicz nie pokusił się o odnalezienie swoich bohaterów, czy odwiedzenie opisywanych miejsc i dopisanie dalszego ciągu tych historii. Miałam też nadzieję na nieco więcej regionalnego kolorytu, zwłaszcza, że już sam tytuł zapowiada Reportaże z Pomorza. Niestety oprócz nazw miejscowości, niewiele jest w tekstach samego Pomorza, a opisywane wydarzenia mogły się wydarzyć w dowolnym miejscu w Polsce.

Czy warto więc sięgnąć po tę książkę? Jeśli interesują was lata 90-te na polskiej prowincji i chcecie lepiej poznać naszą narodową mentalność, to na pewno tak.

Ocena: 4/6

Żoną Łazarewicza jest dziennikarka i publicystka Ewa Winnicka. Muszę przyznać, że jej książki bardziej trafiają w mój czytelniczy gust. Dotychczas przeczytałam Angoli i Londyńczyków, a na półce już czeka pożyczona od koleżanki biografia Barbary Piaseckiej-Johnson.

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz gościli w sierpniowym odcinku Barłogu Literackiego. Ciekawie opowiadają o swoich książkach, małżeńskiej współpracy i życiu dziennikarzy. Warto obejrzeć!


wtorek, 19 września 2017

Rok królika, Joanna Bator

Oj niełatwa to była przeprawa, niełatwa. Brnęłam przez Rok królika tygodniami i wielokrotnie byłam o krok od rzucenia książki w kąt nie dokończywszy lektury. Nie zrobiłam tego, bo to w gruncie rzeczy jest dobra powieść, ale nie na pierwszy i nie na drugi rzut oka...
Im więcej czasu mija odkąd skończyłam czytać najnowszą książkę Joanny Bator i im częściej opowiadam o niej innym osobom, tym bardziej ją doceniam. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tekst literacki, przez który się brnie. Z wyjątkiem ostatnich pięćdziesięciu stron, ale o tym później.

Zacznijmy jednak od tego, że najpierw była Wyspa łza. Niezwykła, poruszająca książka, która nie daje się wtłoczyć w sztywne literackie kategorie. Osobista, głęboka i bardzo ważna nie tylko dla autorki, ale, jak podejrzewam, i dla wielu czytelników. Bator pisała w niej m.in. o kryzysie twórczym, codziennej pracy pisarki i pomysłach na kolejną powieść, czyli właśnie na Rok królika. Opisując koszmar pogoni za natchnieniem wymieniła interesujące ją motywy: mroczne bliźniaczki, znikanie, poligamię i króliki. Ich pojawienie się w powieści nie było zatem dla mnie żadną niespodzianką. Za to częstotliwość, z jaką powracają na kolejnych stronach, w pewnej chwili stała się męcząca.
Akcja powieści toczy się bardzo powoli. Główna bohaterka, autorka bestsellerowych romansów historycznych Julia Mrok, postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, które wiodła w towarzystwie dwóch mężczyzn. Starannie aranżuje swoje zniknięcie i jako Anna Karr trafia do Ząbkowic Śląskich, do Spa pod Królikiem. To, co jej się tam przydarza przypomina absurdalny sen bądź majaki narkomana. Atmosfera powieści jest duszna, szara, pokryta mgłą i bardzo tajemnicza. Taka, przez którą się brnie. Aż do momentu, gdy na scenę wkracza Półkownik. Wtedy akcja nabiera tempa, a całość staje się pierwszorzędną komedią omyłek - ostatnie kilkadziesiąt stron to dowód na to, że Joanna Bator całą tą powieścią puszcza do nas oko. Autorka ewidentnie bawi się z czytelnikiem: wodzi go za nos prezentując bohaterkę, którą trudno polubić i prowadzi nas do zakończenia, które niczego nie wyjaśnia.

W tej książce zachwyciła mnie językowa wiruozeria, z jaką Joanna Bator pisze takie oto zdania:
Naparapecione w oknie parteru patrzyły na ulicę wzrokiem niewinnie osadzonych więźniarek, jaki ma wiele kobiet w tym kraju. (str. 26)
Sikałyśmy tyłek w tyłek, bliskość podszyta niezrozumiałym szantażem, przemoc pokobiecenia. (str. 227)
Kamienica z początku dwudziestego wieku, nijaka, ciemnoszara jak ulepiona z kurzu i poczucia, że wszędzie stąd daleko, w oknach nieprzeniknione firanki. (st. 150)
I jeszcze jedno: Dworzec Centralny w Warszawie zawsze mnie przerażał, bo nawet po remoncie wystarczy na chwilę się zagapić, by z jasnych, czystych przestrzeni trafić w zaułek, gdzie do plastikowego kubka po ogórkach kiszonych skapuje z rany w suficie krew Żydów albo powstańców. (str. 13)

Moim zdaniem warto sięgnąć po Rok królika i wyrobić sobie własne zdanie na temat tej niezwykłej książki. Ja w każdym razie mam ogromną nadzieję, że Joanna Bator pokonała swoją twórczą niemoc i że niebawem trafi na rynek jej kolejna książka.

Ocena: 4+/6