piątek, 30 czerwca 2017

Jak pokochać centra handlowe, Natalia Fiedorczuk

Bohaterką książki Natalii Fiedorczuk jest młoda kobieta, która najpierw jest w stanie bynajmniej nie błogosławionym, a potem jako młoda matka przeżywa stany emocjonalne dalekie od euforii i bezgranicznego szczęścia przypisywanego świeżo upieczonym rodzicom. Tytułowe centra handlowe są dla niej miejscami-schronami przed własną samotnością i rozpaczą. Stanowią jedyną odmianę w monotonnej rzeczywistości ograniczonej czterema ścianami niewielkiego mieszkania. Są wreszcie miejscami, w których może spotkać innych ludzi i choć na chwilę znaleźć ukojenie. Partner głównej bohaterki jest prawie całkowicie nieobecny i cała okołoniemowlakowa logistyka spoczywa na jej barkach. Ciężar odpowiedzialności przytłacza ją, a widmo depresji, na którą cierpiała już wcześniej, czyha na każdym kroku.

Przyznam szczerze, że po książce-laureatce Paszportu Polityki spodziewałam się więcej. Owszem zgadzam się, że Fiedorczuk złamała pewne tabu uczłowieczając macierzyństwo i dając matce prawo do negatywnych emocji, opisujące jej samotność i szczególnego rodzaju bezradność. Poza tym autorka sprawnie posługuje się językiem polskim, jej tekst jest gorzki i zabawny jednocześnie. Ale jest to lektura na raz. Taka, którą ze względu na spora czcionkę i duże przerwy między rozdziałami czyta się błyskawicznie i równie szybko zapomina. Mimo najszczerszych chęci nie doszukałam się w tej książce cech charakterystycznych dla dobrej literatury i nie do końca rozumiem, o co tyle szumu. W sumie najbardziej poruszył mnie fragment, w którym bohaterka wyznaje, że jej synek jest chory. Jedno niewinne zdanie całkowicie podważyło jej wcześniejsze smutki i dylematy i uświadomiło, co tak naprawdę jest w życiu istotne. Mimo tego stwierdzam, że choć powieść ta siłą rzeczy opiera się na emocjach, to mnie pozostawiła obojętną. Nie porwała, nie oczarowała, nie przekonała.

Ocena: 4/6

wtorek, 27 czerwca 2017

Miasto słowa czyli festiwal literacki nad morzem

Na początku czerwca spędziłam wspaniały weekend w Trójmieście w towarzystwie męża i jego rodziców. Podróż ta była zaplanowana z dużym wyprzedzeniem, więc gdy w czwartek tuż przed wyjazdem dowiedziałam się, że właśnie odbywa się tam festiwal literacki Miasto słowa, doszłam do wniosku, że nie może to być przypadek :) Stało się jasne, że sobotnie popołudnie i wieczór spędzę w Gdyni.



Wzięłam udział w trzech spotkaniach.
Pierwsze z nich nosiło dość kontrowersyjny tytuł „Czytaj albo giń!”. Dwóch ekspertów od literatury, czyli prof. Grzegorz Leszczyński, autor książki Daję słowo. Wędrówki po języku i literaturze oraz prof. Ryszard Koziołek, autor tytułu Dobrze się myśli literaturą rozmawiali o .... literaturze :) Spotkanie prowadził dr Piotr Millati. Była to bardzo interesująca, pełna humoru i anekdot rozmowa trzech intelektualistów. Prawdziwa uczta!


Najprzyjemniej słuchało mi się prof. Koziołka, kórego książkę mam i czytam. Jest świetna!


Spotkanie ze Stefanem Chwinem na temat jego najnowszej powieści pt. Srebrzysko prowadziła Renata Gorczyńska, dziennikarka, krytyczka literacka i tłumaczka literatury pięknej. Z rozmowy wynikało, że oboje łączy wieloletnia przyjaźń, co nadało spotkaniu niemalże prywatny charakter. Niestety sama powieść nie wydała mi się interesująca (autor czytał fragmenty książki), a spotkanie nieco mnie znużyło.


Ostatnie spotkanie tego dnia podobało mi się BARDZO. Anna Dziewit-Meller rozmawiała z Cezarym Łazarewiczem o jego tomie reportaży Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, który niedawno ukazał się nakładem wydawnictwa Czarne. Tematem rozmowy były głównie liczne historie z przeszłości, ale to dyskusja wokół polskiej szkoły reportażu na moment podniosła temperaturę :)


Autor podpisał mi książkę zakupioną na miejscu,
którą zaczęłam czytać już podczas podróży powrotnej
do Gdańska.
Generalnie bardzo miło spędziłam te kilka godzin na rozmowach o literaturze w Muzeum Miasta Gdyni. Zdziwiona byłam jedynie dość niską frekwencją. W każdym ze spotkań uczestniczyło około trzydziestu osób, co, biorąc pod uwagę wysoki poziom spotkań i omawiane tytuły, jest wynikiem dość mizernym.

Na koniec jeszcze piękny Gdańsk:

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Prawdziwe wspomnienia Mali K., Adrienne Sharp

Matylda Krzesińska urodziła się w 1872 r. w Petersburgu. Miała polskie korzenie i została primabaleriną Teatru Carskiego. Jako siedemnastolatka poznała przyszłego cara Mikołaja II, z którym podobno łączył ją namiętny romans. Była związana z dworem Romanowów aż do rewolucji, w wyniku której przeprowadziła się do Paryża, gdzie mieszkała do śmierci. Zmarła w wieku 99 lat. Takie informacje możemy znaleźć na stronie wikipedii.

Adrienne Sharp postanowiła uczynić z Krzesińskiej bohaterkę swojej książki, a jej biografię uzupełnić porządnie rozbudowaną fikcją literacką. Całość napisana została w formie wspomnień autorki, dzięki czemu jej relacja nabiera intymnego charakteru i pozwala czytelnikowi poznać najskrytsze marzenia i plany Krzesińskiej. A te były od samego początku bardzo ambitne, zważywszy na jej skromne pochodzenie.

W swojej książce Sharp prezentuje kolejną wersję upadku rodziny Romanowów napisaną z perspektywy dumnej i zakochanej w sobie kobiety. Autorce udało się stworzyć postać bardzo wyrazistą: przekonaną o swojej wyjątkowości bezczelną egoistkę, która za wszelką cenę walczy o przyszłość swoją, a później syna. W tle miłosnych przygód, dworskich intryg i teatralnych dramatów rodzą się niepokoje wsród ludu, a widmo rewolucji staje się coraz wyraźniejsze. Autorce dobrze udało się uchwycić dworską dekadencję i arogancję, zupełny brak zainteresowania cara poddanymi oraz jego bezsilność wobec spisków ze strony wojskowych i dalszych członków rodziny.

Jeśli lubicie literackie fantazjowanie wokół historycznych postaci i związanych z nimi wydarzeń, to wspomnienia Mali K. powinny przypaść Wam do gustu. Także dla wielbicieli carskiej Rosji i baletu będzie to z pewnością udana lektura, choć specyficzny styl narratorki może momentami irytować.

Matylda Krzesińska (źródło: https://pl.wikiquote.org)


Ocena: 4/6

Książkowe porządki

niedziela, 18 czerwca 2017

Śladami drzewa sandałowego, Asha Miro i Anna Soler-Pont

Czy zastanawialiście się kiedyś, jaki jest los sierot w krajach, w których spora część społeczeństwa żyje na granicy nędzy? W krajach, w kórych nawet praca kilku członków rodziny strarcza zaledwie na miskę ryżu i dach nad głową? 
Niewielkich rozmiarów książka pt. Śladami drzewa sandałowego, Ashy Miro i Anny Soler-Pont, może stanowić częściową odpowiedź na te pytania. Autorki opowiadają w niej historie trojga sierot, które bardzo wcześnie straciły rodziców, a mimo to, dzięki splotowi szczęśliwych okoliczności, ich życie potoczyło się pomyślnie.

W pierwszej części, która rozgrywa sie w połowie lat siedemdziesiątych, poznajemy losy trojga osieroconych dzieci: indyjskich dziewczynek Sity i Miny oraz Somalijczyka Solomona. Sita po śmierci rodziców najpierw mieszka u krewnych, a potem zostaje rozdzielona z młodszą siostrą i sprzedana do niewolniczej pracy w fabryce dywanów. Po kilku tygodniach udręki ostatecznie trafia jako pomoc domowa do bogatej indyjskiej rodziny. Mina, odkąd pamięta, mieszka w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice i marzy o posiadaniu własnych rodziców. Los się do niej uśmiecha i pewnego dnia dziewczynka wsiada na pokład samolotu lecącego do Europy. Najbardziej egzotyczne wydały mi się losy Solomona, który po śmierci rodziców mieszkał ze starszą siostrą. Dzięki programowi pomocowemu wyjechał na stypendium na Kubę, gdzie razem z tysiącem innych somalijskich dzieci chodził do szkoły i pracował.

Część druga opisuje losy tej trójki trzydzieści lat później. Nie będę Wam zbyt wiele zdradzać, ale ich historie są bardzo barwne i niebanalne. Na przykładzie trojga dzieci autorki poruszają wiele istotnych problemów współczesnego świata. Zadają pytania m.in. o słuszność przekazywania dzieci np. z Indii do adopcji w zupełnie inne rejony świata. Z jednej strony to dla tych dzieci często jedyna szansa na tzw. normalne życie, z drugiej strony zostają one oderwane od swoich korzeni, tradycji, kultury i języka.

Niestety główną cechą powieści Śladami drzewa sandałowego jest naiwność w podejściu do poruszanych tematów oraz brak głębszego omówienia tych złożonych kwestii. Całość jest bardzo słaba literacko. To takie szkolne wypracowanie z pogranicza sprawozdania i wymyślonej opowieści. Dodatkowo irytowało mnie kiepskie tłumaczenie i niestaranna korekta - co niestety w przypadku starszych książek (ta została wydana w 2009 r.) z wydawnictwa Sonia Draga nie spotkało mnie po raz pierwszy.
Mimo tych braków jest to pozycja, którą błyskawicznie się czyta i która jest wartościowa właśnie ze względu na tematy, jakie porusza. Myślę, że książka może trafić do młodszych czytelników. Zwłaszcza tych, którzy interesują się kwestią migracji we współczesnym świecie, a płonący londyński wieżowiec nie stanowi dla nich powodu do radości...

Ocena: 3+/6