poniedziałek, 31 lipca 2017

Istota zła, Luca D'Andrea

Od czasu do czasu lubię przeczytać wciągający thriller. Zwłaszcza wtedy, gdy porusza on interesujący mnie w danym momencie temat. Rzadko sięgam po ten gatunek przypadkowo. Kiedy więc podczas planowania wyjazdu w Alpy natknęłam się na książkę Istota zła, wiedziałam, że pojedzie ze mną na wakacje. I był to bardzo dobry wybór!

Głównym bohaterem powieści jest Jeremiasz Salinger, filmowiec z Nowego Jorku, który przenosi się z żoną i córką do małej wioski w Południowym Tyrolu. Siebenhoch to rodzinna miejscowość żony Salingera, w kórej nadal mieszka jej ojciec.
Na miejscu mężczyzna postanawia nakręcić film dokumentalny o pracy ratowników górskich. Podczas jednej z akcji ratunkowych dochodzi do tragicznego wypadku helikoptera, w którym ginie czterech ratowników i kobieta, której spieszyli na pomoc. Salinger jako jedyny ocalały z katastrofy musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia, ogromną traumą i szokiem pourazowym.
Podczas rekonwalescencji przypadkiem dowiaduje się o tragicznym morderstwie sprzed lat. W mrocznym wąwozie Bletterbach zginęło w tajemniczych okolicznościach troje młodych ludzi, a sprawcy nigdy nie odnaleziono. Salinger rozpoczyna prywatne śledztwo, które szybko zamienia się w obsesję. Podczas poszukiwań natrafia na mur milczenia i niechęci ze strony mieszkańców wioski. Tajemnica goni tajemnicę, a historie sprzed lat mają coraz większy wpływ na życie całej rodziny Salingerów.

Istota zła to świetna lektura na urlop, zwłaszcza, jeśli jest to urlop w górach. Jest to wciągający, trzymający w napięciu do ostatniej strony thriller, który zadowoli wymagających czytelników. Autor świetnie buduje napięcie i wywołuje u czytelnika pierwotny lęk przed potęgą gór. Umiejętnie wykorzystuje dawne wierzenia i przesądy, sprawnie kombinując je z paranoją głównego bohatera. Ponadto D'Andrea doskonale uchwycił specyfikę Południowego Tyrolu i jego mieszkańców. Ogromną wiedzę o tym regionie, jego historii i tradycjach umieścił w szczegółach. Pojawia się ona nienachalnie, co kilka stron i sprawia czytelnikowi wielką frajdę. Zwłaszcza, jeśli znajduje się on w okolicy i niektóre lokalne osobliwości może zaobserwować także w realu.
Porównywanie autora do Stephena Kinga jest nieco przesadzone, ale biorąc po uwagę fakt, że Istota zła jest debiutem D'Andrei, z pewnością można już teraz cieszyć się na kolejne jego książki.
Polecam!

Ocena: 5/6 

W drodze przez Alpy z Austrii nad Jezioro Garda zrobiliśmy przerwę w Bolzano. Jest to miasto leżące w okolicy powieściowego Siebenhoch, które wielokrotnie pojawia się w książce. To tam ma premierę film Salingera, tam jeździ do archiwum, biblioteki i szpitala.
Zapraszam do Bolzano:







środa, 26 lipca 2017

Guguły, Wioletta Grzegorzewska

Wioletta Grzegorzewska w 2006 r. wyjechała na stałe do Anglii. Zanim się na to zdecydowała, wydała w Polsce kilka tomików wierszy, prowadziła z mężem magazyn literacki i niezależne wydawnictwo. Guguły, wydane w 2014 r., napisała już na emigracji.
"Ciekawe, czy byłabym nominowana, gdybym dziesięć lat temu nie wsiadła na prom na wyspę Wight. Myślę, że gdybym nie wyjechała z kraju, moja kariera literacka potoczyłaby się inaczej"
powiedziała Grzegorzewska Gazecie Wyborczej po tym, jak w marcu tego roku jej książka znalazła się na długiej liście nominowanych do Międzynarodowej Nagrody Bookera. Jak wiemy, nagrody niestety nie otrzymała, ale już sama nominacja przyniosła autorce rozgłos, a książce nowych czytelników. W ramach lipcowego KMK wreszcie udało mi się ją przeczytać.

Guguły to niewielkich rozmiarów książeczka, idealna na leniwe letnie popołudnie na plaży, czy w ogrodzie. Jej narratorką jest dziewięcioletnia Wiolka, która opisuje nam swoje codzienne życie na polskiej wsi na początku lat osiemdziesiątych. Jest swojsko, trochę magicznie, a trochę nostalgicznie. Absolutnym atutem tej książki jest przepiękny poetycki język - jej lektura jest wspaniałym czytelniczym przeżyciem. Guguły są jak mała literacka akwarelka: piękne, delikatne i ulotne. Przeżycia i rozterki Wiolki momentami bawią czytelnika do łez, a za chwilę wzruszją i skłaniają do refleksji. Myślę, że każdy z nas, kto dorastał w PRLu odnajdzie na stronach tej książki strzępki własnych wspomnień z dzieciństwa lub wczesnej młodości. I to bez względu na to, czy mieszkał na wsi, czy w mieście.

I szkoda tylko, że Guguł jest tak mało. Lektura uświadomiła mi, że zdecydowanie wolę książki obszerniejsze, z którymi mogę obcować dłużej. Taki króciótki książkowy romansik jest wprawdzie  doświadczeniem bardzo miłym, ale dość nietrwałym i powierzchownym. Niecierpliwie czekam więc na zapowiedzianą we wspomnianym powyżej wywiadzie powieść Stancje. M. Miała się ukazać w lipcu w wydawnictwie W.A.B., ale na stronie internetowej nie ma jej jeszcze w zapowiedziach. Mam nadzieję, że ukaże się do końca roku i że będzie miała przynajmniej 300 stron :)

Ocena: 5/6

niedziela, 23 lipca 2017

Wolność, Jonathan Franzen

Wolność to mój pierwszy kontakt z twórczością Jonathana Franzena, który zaliczany jest do grona najważniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich. Książkę czytałam przez wiele tygodni z mniejszym lub większym zainteresowaniem. Miałam dość wysokie oczekiwania wobec tak uznanego i chwalonego autora, którym niestety nie udało mu się sprostać.

Wolność to rozłożona na kilka głosów niezwykle obszerna i pełna szczegółów historia małżeństwa Patty i Waltera Berglundów. Opowieść rozpoczyna się wyznaniem Patty na temat gwałtu, którego ofiarą padła jako nastolatka. Sposób, w jaki sprawa została przed laty zamieciona pod dywan oraz zachowanie rodziców w tamtym kluczowym momencie, miały (moim zdaniem) głęboki wpływ na psychikę dziewczyny i położyły się cieniem na całym jej dorosłym życiu.
Na kolejnych stronach Franzen opisuje okres dzieciństwa bohaterów, czasy studiów oraz kolejne fazy ich małżeństwa. Oprócz małżonków narratorami w powieści są: Richard (przyjaciel Waltera ze studiów i uosobienie tęsknot Patty) oraz syn Patty i Waltera Joey.
Tytułowa wolność jest tym, czego bohaterom tej książki brakuje najbardziej. Na pozór wydaje się, że ci typowi przedstawiciele białej klasy średniej mają wszystko: dom, zdrowe dzieci, stabilną pracę... Tymczasem każde z nich samo stoi sobie na drodze do szczęścia, a ich działaniami kierują lęki, nierealne tęsknoty czy widma z przeszłości. Zamiast skupiać się na życiu tu i teraz, ciąglę błądzą po przeszłości lub wyobrażają sobie przyszłość. Kiedy w końcu decydują się na zmianę, lub ktoś decyduje za nich, okazuje się, że nadal nie osiągnęli szczęścia i zaczynają tęsknić za tym co utracili.

Powieść bez wątpienia ma liczne dobre i wciągające momenty, ale generalnie bardzo mnie znudziła i rozczarowała. Niepotrzebne dłużyzny (np. niekończące się wywody Waltera na temat ekologii) i nie do końca jasne przesłanie, to to, co z Wolności zapamiętałam najlepiej.
Podobało mi się, że autor w kilku różnych konstelacjach pokazał złożoność relacji dzieci-rodzice, choć i tu jest sztampowo, bo konflikty międzypokoleniowe dotyczą wszystkich jego bohaterów, więc łatwo je przewidzieć. Ponadto mam do niego żal za nieumiejętność kreowania kobiecych postaci. Podczas gdy Walter, Richard i Joey są bohaterami autentycznymi i wyrazistymi, jedyna postać kobieca, której Franzen daje głos, czyli Patty, to rozhisteryzowana kobieta w depresji. Niby sporo wiemy o jej życiu i najgłębszych przemyśleniach, a mimo to pozostaje postacią płaską i mało wiarygodną. Natomiast pozostałe bohaterki funkcjonują w powieści jako uzupełnienie męskich bohaterów i ich przeżyć. Słabo.

Najwyraźniej powieść ta nie trafiła u mnie na najlepszy moment, albo zwyczajnie nie jest w moim stylu. Na pewno sięgnę po bardziej znane i lepiej oceniane Korekty z nadzieją, że pomogą mi zrozumieć i docenić twórczość Franzena.

Ocena: 4/6

wtorek, 18 lipca 2017

Update

Podczas gdy ja przebywałam na urlopie, blog przykrył się wirtualnym kurzem...
Nadeszła więc pora na małe podsumowanie ostatnich tygodni, samokrytyczny opis stanu aktualnego czytelnictwa oraz plany na nadchodzące dwa miesiące.

Zaległe recenzje, które będę chciała napisać w pierwszej kolejności:
Wolność, Jonathan Franzen
Guguły, Wioletta Grzegorzewska
Istota zła, Luca D’Andrea
Totalnie nie nostalgia. Memuar, Jacek Frąś, Wanda Hagedorn

Aktualnie czytam 10 książek (!!!) i zamierzam je skończyć jeszcze w lipcu. Tak, zdaję sobie sprawę, że się to nie uda, ale bardzo się postaram :)
Są to: książki-zakupy z czerwcowej podróży po Polsce, wyniki spotkań z Koziołkiem i Łazarewiczem w Gdyni oraz tegorocznego Big Booka (Anglicy na pokładzie i Wanda). Do tego dochodzą dwie książki z biblioteki, które już trzy razy przedłużałam, Joanna Bator, której nie mogę skończyć od kwietniowego spotkania KMK oraz pożyczona od przyjaciółki Aleksiejewicz. Z lewej strony wystają zakładki (m.in. bilet do Muzeum Śląskiego w Katowicach i bilet na Rejs z Helu do Gdyni), a książki ułożone są według postępów w czytaniu: widniejąca na szczycie Wanda, została już przeczytana w 2/3 podczas, gdy Pierony ledwie zaczęłam.

Aby mieć jakąś sensowną perspektywę, ułożyłam sobie stos 12 tytułów, które chciałabym przeczytać w sierpniu i we wrześniu. Wyszedł trzykolorowy. A że na blogach zapanowała ostatnio moda na wybieranie książek według kolorów, to wstrzeliłam się w ten trend :)

Dodatkowo chciałabym napisać parę zdań o tegorocznym Big Booku i podzielić się z Wami wrażeniami z podróży w austriackie Alpy i nad jezioro Garda we Włoszech...

A jak Wam mijają wakacje?